Dlaczego Rząd nie chce oszczędności i inwestycji polskich przedsiębiorców

Dariusz Grabowski - 26 kwietnia 2021

Kryzys, który nas doświadcza ma w wymiarze ekonomicznym cechy szczególne. Jest jak „zmutowany wirus”, który inaczej oddziałuje na tkanki czyli elementy systemu społeczno-ekonomicznego, niż opisują to podręczniki historii gospodarczej. Czas dokonać dogłębnej analizy jego specyfiki. Problem w tym, że rodzimi uczeni w piśmie ze sfer rządowych i bankowych tematu podjąć nie chcą, a może po prostu nie potrafią.

To oni przecież powinni postawić diagnozę i wskazać terapię gdyż dysponują dostępem do wiarygodnych danych. Jednak tego nie robią, co gorsza przedstawiają pomysły, w których skuteczność, uczciwość należy wątpić. Trzeba nam – przedsiębiorcom i praktykom gospodarczym zabrać się do roboty ogniskując uwagę na tych wątkach, które z punktu widzenia przyszłości narodu i państwa uznajemy za najważniejsze. Przedsiębiorcom nie wolno milczeć. Powinni kierować się poczuciem obowiązku i odpowiedzialności.

Jako teoretyk i praktyk gospodarczy przedstawię mój punkt widzenia na zagadnienie najważniejsze za jakie uznaję dynamikę i strukturę inwestycji, w tym własnościową.

W klasycznej teorii ekonomii ożywienie jest efektem korzystnych zmian w rozmiarach i strukturze inwestycji. Przedsiębiorcy, którym udało się przetrwać, których kryzys nie pokonał podejmują wysiłek inwestycyjny. Modernizują firmy mając na celu obniżkę kosztów wytwarzania, by dzięki temu przy niskim popycie i niskich cenach na wytwarzane wyroby wybić się na dodatnią rentowność, otrzymywać zysk. Innym rozwiązaniem może być inwestowanie i wprowadzanie na rynek nowych produktów. Poniesione nakłady uruchamiają mechanizm akceleracji a następnie mnożnik zatrudnieniowy i popytowy w całej gospodarce.

Dramat naszej gospodarki – wbrew buńczucznym opowieściom rządzących na czele z premierem rządu i prezesem NBP polega na tym, że inwestycje prywatne od dwóch lat spadają. Relacja nakładów inwestycyjnych do PKB w 2020 roku spadła poniżej 18% i była najniższa od 25 lat. Tymczasem premier Mateusz Morawiecki w „Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” zadeklarował, że udział inwestycji wzrośnie do 22 a nawet 25%. Oto, co warte są medialne obietnice rządzących.

Jeszcze bardziej przygnębiający obraz ukazuje zestawienie oszczędności prywatnych, które przekroczyły 1,15 biliona złotych i firm ponad 375 miliardów złotych. Czemu ten obraz przygnębia? Ponieważ są to pieniądze, które „leżą i nie pracują”. Przypomnę urzekające powiedzenie klasyka filozofii Francisa Bacona „Pieniądz jest jak nawóz, nie rozrzucony nie przyniesie plonów”. By dopełnić czarę goryczy – z powodu wysokiej inflacji i zerowej stopy procentowej NBP, co przekłada się na zerowe oprocentowanie depozytów i lokat rocznie „wyparowuje” realnie od 3 do 5% zdeponowanych w bankach pieniędzy. Nietrudno policzyć, że jest to 30 do 50 miliardów złotych rocznie. Zatem prowadzona polityka gospodarcza unicestwia ogromne środki będące własnością obywateli i przedsiębiorstw.

Z powyższych powodów maleje wysokość środków wpłacanych na lokaty przez obywateli. Skalę spadku obrazuje porównanie – w lutym 2021 roku zdeponowano w bankach 18,1 mld złotych podczas gdy rok temu zdeponowano 40,3 mld złotych. Można zapytać, co rodacy robią z pieniędzmi. Odpowiedź może być tylko jedna. Część jest lokowana w nieruchomościach, trzymana w materacu bądź w skarpecie, część jak sądzę dominująca jest transferowana zagranicę, co oznacza bezpowrotną jej utratę.

Zapowiadana przez środowisko bankowe tzw. ujemna stopa procentowa to nic innego, jak karanie oszczędzających za lokowanie pieniędzy w bankach. Wejście na tę drogę za przyzwoleniem NBP doprowadzić może do ogromnych szkód między innymi ucieczki kapitału z Polski. Zakwestionowana zostanie postawa i sens „dorabiania się” poprzez oszczędzanie i inwestowanie. To dowód absurdu, w który brną rządzący i NBP pod dyktando lobby finansowego.

Dowodem i probierzem, że nie opłaca się inwestować w Polsce jest poziom wskaźników warszawskiej giełdy. Główne z nich nie osiągnęły nawet połowy wysokości sprzed blisko 15 lat. W tym czasie giełdy niemiecka i węgierska podwoiły swoje wskaźniki, a nowojorska nawet je potroiła. Poziom notowań na giełdzie największych firm państwowych jest tak niski, że w normalnym kraju byłby przedmiotem oskarżeń o sabotaż gospodarczy. Wszak chodzi o majątek państwa i obywateli. Mimo tak złej kondycji giełdy rząd konsekwentnie broni utrzymania podatku Belki czym potwierdza, że za oszczędzanie i inwestowanie obywatel jest i powinien być karany.

Rządzących cieszy nadwyżka eksportu nad importem. Należy jednak przypomnieć, że taka nadwyżka pojawia się u nas z reguły gdy spada import dóbr inwestycyjnych, surowców i półproduktów. Dobre wyniki w bilansie handlu zagranicznego są zatem jeszcze jednym potwierdzeniem tezy o zapaści inwestycji.

Struktura własności kapitału w polskiej gospodarce jest bardzo niekorzystna. Wbrew deklaracjom rządu o „repolonizacji” gospodarki, w przemyśle dominuje wielki zagraniczny kapitał. Jego strategię najlepiej opisał niemiecki ekspert gospodarczy Reinhardt Petzold, który powiedział: „Niemcy bardzo mocno przyczynili się do zmian w Polsce, by były one dla nas korzystne. Zbudowaliśmy Polskę jako kraj taniej siły roboczej”.

W usługach, często rozdrobnionych to Polacy są właścicielami przedsiębiorstw. Ponieważ kryzys najmocniej dotknął usługi, to potencjał ekonomiczny rodaków znacznie zmalał. Poniesiono nakłady na przetrwanie, część firm zadłużyła się, część która skorzystała z dopłat i umorzeń rządowych trwa obawiając się jednak bądź to bankructwa, bądź konieczności zwrotu otrzymanego wsparcia.

Co w takiej sytuacji powinien zrobić rząd? Odpowiedź jest prosta. Należy zacząć od wprowadzenia w życie systemu zachęt do inwestowania w przemyśle, handlu, usługach przez polskich małych i średnich przedsiębiorców. Zachęty powinny polegać na zwolnieniach podatkowych i ulgach inwestycyjnych, dofinansowaniu jako mniejszościowy udziałowiec, dostępności taniego kredytu o długiej karencji a w skrajnych wypadkach na umorzeniach i abolicji podatkowej dla inwestorów.

Tymczasem rządzący proponują rozwiązania pomijające polskich przedsiębiorców. Głównym kreatorem inwestycji ma być sektor publiczny, a program nazwano – Nowy Ład. Nawiązując do historycznej nazwy „New Deal” rządzący potwierdzają, że z historii gospodarczej lekcji nie odrobili. „New Deal” był programem robót publicznych mających na celu danie zatrudnienia ogromnej rzeszy bezrobotnych i wykreowanie popytu. Wtedy (lata 30-te XX wieku) w budowie infrastruktury dominowała praca żywa (robocizna). Nasza obecna sytuacja jest nieporównywalna. Ani nie ma rąk do pracy w nadmiarze, co więcej budowa infrastruktury wymaga wiele sprzętu i mało robocizny. Nie ma też polskiego przemysłu konsumpcyjnego, który czeka na zamówienia.

Ma powstać fundusz zarządzany przez Bank Gospodarstwa Krajowego, finansujący inwestycje takie jak port lotniczy, autostrady, modernizację kolei i inne. Taka struktura inwestycji, skoncentrowanie ich w infrastrukturze, zamiast w przemyśle to „stawianie wozu przed koniem”. Nakłady na infrastrukturę są efektywne, gdy powstałe obiekty są optymalnie wykorzystywane. Wtedy powstają oszczędności dla obywateli i przedsiębiorstw. Moim zdaniem alternatywą dla tych inwestycji powinny być fundusze wspierające i współtworzące z firmami prywatnymi nowe obiekty przemysłowe oparte o rodzimą myśl techniczną i wynalazki.

Moja obawa dotycząca inwestycji w infrastrukturę dotyczy faktu, że jako inwestycje państwowe będą one parawanem do tworzenia stanowisk dla „swoich” i wyprowadzania pieniędzy przez „krewnych i przyjaciół królika”. Przypomina to program regulacji Wisły za czasów Edwarda Gierka. Powstało wtedy hasło – „Płyńmy z prądem trzymając się … koryta”. A na koniec warto przypomnieć, że to nie infrastruktura płaci podatki i zasila budżet. Jeśli zatem zbudujemy infrastrukturę bez przemysłu i usług to zaciągnięte na jej budowę kredyty spłacać będą w podatkach za parę lat … obywatele i przedsiębiorcy.

Należy dokonać zestawienia strat ponoszonych z powodu prowadzonej polityki likwidowania oszczędności obywateli i przedsiębiorstw oraz transferu środków zagranicę z nakładami na program Nowego Ładu. Zestawienie to wykazałoby, że straty mogą przewyższać fundusze wygenerowane przez budżet państwa i programy UE. Polityka gospodarcza rządu coraz bardziej upodabnia się do terapii szokowej Leszka Balcerowicza. Przypomnę, że prowadziła ona do likwidacji oszczędności obywateli poprzez stymulowanie inflacji, brak waloryzacji oszczędności oraz pozbawienie obywateli szansy wybicia się na własność prywatyzowanego majątku.

Jednocześnie rząd brnie w obietnice i wydatki socjalne adresowane z chirurgiczną precyzją do środowisk, które uznaje za potencjalne zaplecze wyborcze. W tym jednak wypadku środki do realizacji powyższej polityki mają pochodzić z opodatkowania grup o wyższych dochodach. Mówiąc wprost zasada „dziel i rządź” jest realizowana w najbardziej skrajnej postaci, a mianowicie „dziel i skłócaj”. Podnoszony jest argument, że grupy społeczne o niskich dochodach nie oszczędzają, wydają wszystkie otrzymane pieniądze czym poprzez mechanizm mnożnikowy, zwiększanie popytu nakręcają koniunkturę, czyli działają w interesie polskich przedsiębiorstw. Tę tezę kwestionuję, czego przykładem fakt, że w roku 2020, gdy obroty i zyski polskich firm handlowych spadały, a wiele zbankrutowało, o ponad 10% wzrosły przychody i zyski Biedronki, a co za tym idzie import dóbr konsumpcyjnych, które ta firma oferuje. Zatem polityka uwodzenia niezamożnego elektoratu w sensie ekonomicznym najlepiej służy wielkim zagranicznym sieciom handlowym i importerom dóbr konsumpcyjnych, a nie polskim firmom. Z nakręcaniem koniunktury w ojczyźnie niewiele ma wspólnego.

Pora podsumować to, co nas czeka. Ludowe przysłowie mówi – „ A ty Kuba od roboty, a ty Maciek od ochoty”. Niech każdy, a polscy mali i średni przedsiębiorcy przede wszystkim odpowiedzą sobie – jakie imię nadadzą im rządzący. A ja pytam – jak długo jeszcze my przedsiębiorcy będziemy milcząco się na to godzić